Kiedy terapia?

Kiedy terapia?

No właśnie — kiedy?

Dla mnie teraz jest to dość jasne. Zajmuję się psychoterapią, uwielbiam to, korzystam z terapii (miałem już czterech terapeutów). Jako terapeuta pracuję ciągle nad sobą. Ale kiedy zdecydować się na terapię?

„Idź do terapeuty!”
Tak usłyszał mój towarzysz niedoli, którego poznałem niedługo po operacji w styczniu 2020. Miał operowane kolano zaraz po tym, jak mi operowali stopę. Spędziliśmy razem pierwsze 24 godziny po zabiegu. Wspólne cierpienia sprawiły, że każdemu z nas zebrało się na życiowe przemyślenia.

„Idź do terapeuty!”
Powiedzieli mu tak ludzie, którym opowiadał o tym, jak się czuje. A ponieważ już od kilku miesięcy nie czuł się zbyt dobrze, właśnie rekomendowanie terapii było tym, co im przychodziło do głowy. On odbierał tę poradę jako policzek albo zatrzaśnięcie drzwi przed nosem. Przecież chciał tylko pogadać. Tylko że jakoś tak się działo, że zamiast porozmawiać i doświadczyć bycia wysłuchanym, dostawał taką wskazówkę, co kończyło rozmowę. A może w tej poradzie było coś sensownego?

Ja doskonale go rozumiałem. Sam w 2015 na coachingu usłyszałem od prowadzącego, że z moim tematem powinienem udać się na terapię. Chlast. Jakby mnie spoliczkowano. Przez kilka dni nie mogłem dojść do siebie. Pomyślałem: „Muszę być zdrowo zaburzony”, zawstydził mnie ten komentarz. Wydawało mi się, że terapia jest dla osób z poważnymi problemami. Chyba nikt nie chce o sobie myśleć w ten sposób. A mój coach powiedział: „Nie, zupełnie nie! To jest tak, Piotrze, że jako coach mogę z Tobą chodzić po górach, mam w tym kierunku umiejętności i na tym polega coaching. Terapia to jak chodzenie po jaskiniach. Nie mogę być Twoim przewodnikiem, bo nie mam takich kompetencji”. „Tylko kto chce chodzić po jaskiniach?” — pomyślałem. Ciemno, zimno i nie można się wyprostować — tak wyobrażałem sobie jaskinie.

„Dobrze, a co by było, jakbyś pomyślał, że zejście do jaskini to może być przygoda?” — zaproponował coach. „Co? Przygoda?” — tak jeszcze nie myślałem. A ponieważ lubię wszystko to, co nowe, więc poszedłem na terapię. Nie za szybko. Dopiero po kilku latach. Teraz żałuję, że nie od razu.

Nike Air — takie buty miała moja terapeutka z Poznania i tym mnie ujęła na pierwszym spotkaniu. Nie pasowała do stereotypowego obrazu — pani w cardiganie, siedzącej w fotelu z lampką w tle. Spotkania, które trwają do dziś, też są zupełnie inne od tego, co sobie wyobrażałem. Nie ma długich opowieści o dzieciństwie. Ale jest dużo o tym, co ważne teraz w pracy, domu i rodzinie. Nie siedzimy, raczej ruszamy się. Ciekawe, że po półtora roku mogę stwierdzić, że rzeczywiście jest to przygoda. Czekam na każde spotkanie. Każde jest nową wyprawą. Pamiętam też te najlepsze. Pozwoliły mi odkryć prawdziwe skarby. Takie, których nie znajduje się, chodząc po górach ani po wzgórzach i równinach codzienności. Po te skarby trzeba zejść. Z kimś, kto potrafi chodzić po jaskiniach.

Kiedy więc iść na terapię?

Można iść, kiedy ludzie dookoła mówią, żeby tak zrobić — tak jak mojemu koledze ze szpitala. Choć motywacja powinna być własna.
Można iść, kiedy książki, szkolenia, rady nie pomagają. Kiedy nie interesują nas odkrycia i skarby z cudzych wypraw, ale chcemy mieć własne.
Można też iść, kiedy się chce. Po prostu spróbować. Zobaczyć.
Jak to mówi moja znajoma terapeutka do swoich Klientów: „Najwyżej mi Pan nie zapłaci”.

Jak ktoś chce spróbować, to zapraszam na „pierwszy spacer”.

https://piotrgregorczyk.pl/umow-wizyte/

Branżowo nazywa się to 50-minutową konsultacją.
Można się przekonać, czy interesują nas jaskinie czy góry oraz po jakie skarby mamy wyruszyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

pl_PLPolski
en_GBEnglish (UK) pl_PLPolski